Z ostatniej chwili

Dynamiczna, kobieca Agnieszka

2022-06-15 19:59:15 informacje
img

Red.: - Jest pani absolwentką Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Spośród innych aktorskich uczelni wybrała pani tę, gdyż chciała być aktorką filmową? Czy zwykły przypadek: przejeżdżała pani przez Łódź i postanowiła pójść na egzamin?
Agnieszka Łopacka: - Nie, nie przypadek. Rzeczywiście tak wówczas myślałam, że ta szkoła oprócz przygotowania do pracy w teatrze daje większy zasób możliwości, uczy nie tylko gry teatralnej, ale także filmowej. I tak było. Często koledzy z wydziału reżyserii, operatorskiego potrzebowali aktorów do swoich etiud, to przychodzili i nas zapraszali.
Red.: - Czyli Łódź to w pełni świadomy wybór. Nie Kraków, nie Wrocław.
AŁ: - Wrocławia w ogóle nie brałam pod uwagę. Wydawało mi się, że jest za blisko miasta, gdzie się urodziłam. Jestem ze Świdnicy. Warszawa wydawała mi się taka bardzo wielkomiejska. A Łódź zaintrygowała mnie właśnie przygotowaniem aktora do pracy przed kamerą. I to była jedyna szkoła, do której zdawałam i dostałam się za pierwszym razem.
Red.: - A co pani przygotowała do zaprezentowania przed komisją egzaminacyjną?
AŁ: - Przygotowałam wiele tekstów. Pamiętam, że i fragment „Chłopów” Reymonta o weselu Boryny, i bajkę Mickiewicza „Koza, kózka i wilk”. Jakiś fragment Tennessee Williamsa. Przygotowałam też piosenkę ludową, którą śpiewałam. 
Red.: - Jednym z elementów egzaminu do szkoły aktorskiej jest stworzenie improwizacji na temat zadany przez komisję. Co pani musiała na szybko wymyśleć i zagrać przed egzaminatorami?
AŁ: - Tak, są takie zadania. Miałam jednego profesora uwodzić, drugiemu  zrobić awanturę. Są też etiudy aktorskie, gdzie opracowujemy scenki na wylosowany temat. Bez słów, improwizowane, bez rekwizytów, w trakcie takiej scenki musimy przedstawić jakąś historyjkę i najlepiej, aby była z jakimś dowcipnym zakończeniem. To bardzo trudne. 
Red.: - Pani opiekunem roku był...?
AŁ: - Bronisław Wrocławski. W sumie opiekunów roku mieliśmy dwóch. Drugim, który współprowadził nasz rok. był Maciej Korwin.
Red.:- Czas skończyć studia. W jaką postać wcieliła się pani w przedstawieniu dyplomowym?
AŁ: - Mieliśmy dwa przedstawienia dyplomowe. Jedno, „Dwie blizny” Fredry, gdzie byłam kasztelanową. I „Dom Kobiet” Nałkowskiej. Szczególnie ten dyplom bardzo się podobał. Po nim dostałam propozycję od jednego z dyrektorów łódzkiego teatru, abym została u niego w zespole. Niestety, nic z tego nie wyszło. Przemiany polityczne we władzach miasta sprawiły, że ten dyrektor został zwolniony ze stanowiska.
Red.:- Dzięki czemu Częstochowa zyskała, bo zasiliła pani zespół częstochowskiego teatru.
AŁ: - Miałam też propozycję z Kołobrzegu, lecz propozycja Henryka Talara bardziej mnie zainteresowała. Na początku grałam tutaj gościnnie, a później dostałam etat. Jednocześnie podjęłam też pracę w Warszawie, w dwóch telewizjach. Pracowałam jako lektor w telewizji Canal+, która wtedy startowała. A drugą telewizją był Polsat.
Red.: - Na miejsce rozmowy z panią specjalnie wybrałem teatralną garderobę. To tutaj aktorka musi zostawić swój świat zewnętrzny i przeobrazić się w postać, którą za moment trzeba będzie przedstawić publiczności. Jakie emocje towarzyszyły pani przed pierwszą premierą w częstochowskim teatrze? 
AŁ: - Za czasów Henryka Talara temperatura emocji nie opadała poniżej 100 stopni Celsjusza. Z jednej strony przed tą pierwszą premierą towarzyszyło mi takie radosne oczekiwanie ale i nerwy, bo to  debiut na profesjonalnej scenie. Nim jednak zagrałam w mojej pierwszej premierze w częstochowskim teatrze, w „Locie nad kukułczym gniazdem”, zrobiłam też zastępstwo w „Łysej Śpiewaczce” i to w niej pierwszy raz stanęłam przed częstochowską publicznością.
Red.: - Jednym ze zwyczajów jest danie kopniaka aktorce, aktorowi przed jego pierwszym wyjściem na scenę. Pamięta pani, kto „wykopał” panią na scenę?
AŁ: - Nie,  nie pamiętam. U nas ten zwyczaj wygląda trochę inaczej. My się wszyscy kopiemy przed każdą premierą. I bardzo dbamy, abyśmy zostali skopani, bo to przynosi nam szczęście. Czyli zapewne dostałam tak dużo kopniaków od wszystkich aktorów, że trudno zapamiętać, który był pierwszy.
Red.: - W naszym teatrze zagrała pani w wielu spektaklach. Ma pani w dorobku także role w filmach fabularnych i telewizyjnych serialach. Czy na częstochowskiej ulicy, podczas spacerów, zakupów doświadcza pani objawów popularności?
AŁ: - Tak, tak się zdarza. Jednak nie równie często, jakbyśmy myśleli. Wielu ludzi, nawet jeżeli mnie rozpoznaje, nie ma odwagi tego powiedzieć. A czasami zdarza się to akurat wtedy, kiedy mamy swój prywatny czas. Zdarzyło mi się w czasie jednego z moich długich spacerów z psem, że spotkała mnie pani, która też spacerowała z psem. Rozmawiałyśmy. Wspomniałam, że muszę wracać i pójść do pracy. I wtedy pani powiedziała, że wie, gdzie ja pracuję, że mnie rozpoznała. Zdarza się też, że widzowie podchodzą i gratulują mi jakiegoś przedstawienia. To bardzo miłe. Najczęściej robią to osoby starsze, najbardziej zaskakuje mnie, kiedy młodzież ma odwagę podejść. Kiedyś w galerii zauważyłam, że dwie dziewczynki mi się przyglądają i o czymś między sobą rozmawiają. Chodzą za mną. Czułam się trochę dziwnie, że może coś z moim ubiorem nie tak. Ale wreszcie dziewczyny odważyły się, podeszły. Powiedziały, że mnie rozpoznały i w jakiej sztuce mnie widziały. I to jest zawsze bardzo miłe
Red.: - Wspomniała pani o miłym zdarzeniu w handlowej galerii. A tam wiele różnych sklepów, między innymi z odzieżą. Czuje się pani lepiej w sukience czy w spodniach?
AŁ: - Ha! Mam bardzo dwoistą naturę. Uwielbiam czuć się kobieco, nosić sukienki, buty na szpilkach. Moja druga strona natury, taka dynamiczna, która każe mi pędzić kilometrami przed siebie na rowerze albo chodzić po chaszczach w lesie, doradza, aby na tę okazję założyć inne buty i spodnie.
Red.: - No tak, po lesie czy w czasie domowych zajęć wygodniej w butach na płaskim obcasie. Zawód wymaga od pani wcielania się w różne postacie. Prywatnie w domu jest pani matką. Magdalena Żak...
AŁ: - To moja córka.
Red.: - ...poszła w ślady mamy. Ktoś w pani rodzinie też był aktorem?
AŁ: - Nie. Kiedy byłam pewna, że dostałam się na studia aktorskie, poszłam na pocztę główną w Łodzi, aby zadzwonić do domu. Moja mama wzruszyła się wtedy do łez i powiedziała, że też marzyła, aby zostać aktorką. A moja córka zaczęła swoją karierę już jako 15-latka. Wygrała casting do głównej roli w serialu. Wiele osób komentowało wtedy, że mama aktorka pewnie jej to załatwiła. Nic bardziej mylnego. Nawet nie miałam możliwości pojechać z nią na ten casting, ponieważ byłam na kilkudniowym wyjeździe z teatrem. Córka na casting do Warszawy pojechała sama. A nikt z osób, które dobierały obsadę, nawet nie wiedział, że Magda ma mamę aktorkę. Później oczywiście pomagałam jej przygotowywać się do następnych castingów. Teraz robi to już sama i ma na koncie wiele ról filmowych. A obecnie jest studentką krakowskiej szkoły teatralnej.
Red.: - Pani Agnieszko, kiedy spotkaliśmy się dziś w teatrze, powiedziała pani, że wraca z zajęć z młodzieżą. Jakich zajęć?
AŁ: - Jestem nauczycielką w Zespole Szkół Przemysłu Mody i Reklamy im. Władysława Reymonta, gdzie mam lekcje teatralno-aktorskie. Traktuję je głównie jako lekcje rozwijające śmiałość, umiejętność kontaktu, samoświadomość u młodych ludzi. Przyznam, że mi się z nimi cudownie pracuje. A na prośbę moich byłych uczniów prowadzę tam kółko teatralne. 
Bardzo pociąga mnie praca z mikrofonem. Dawniej nagrywałam audiobooki. Brakowało mi tego, dlatego wymyśliłam sobie płytę, która ma promować Częstochowę. Zaprezentowani są na niej częstochowscy twórcy z różnych dziedzin. A wszyscy artyści którzy współtworzyli ze mną płytę: Mateusz Pospieszalski, Janusz Yanina Iwański , Krzysztof Majchrzak , Cyprian Baszyński  pracowali nad płytą non profit
Red.: - Pani Agnieszko dziękuję za rozmowę i do zobaczenia w kolejnej produkcji częstochowskiego teatru.
AŁ: - Dziękuję. Zapraszam do teatru.

Rozmawiał: Waldemar Jabłczyński
Zdjęcia: Mikołaj Lesław Ataniel

Page generated in 0.023 seconds.